To książka dla wszystkich – zaczytałam się w niej ja, zaczytuje się moja babcia. Fani poprzednich książek Zafona, jakie ukazały się w Polsce – “Cienia wiatru” i “Gry anioła” zapewne polubią i Marinę. 
Choć niewątpliwie książka nieco odbiega od poprzednich. Przede wszystkim jest krótsza (prawie o połowę), nie nawiązuje fabuła do cmentarza zapomnianych książek. A jednak stylem przypomina pozostałe utwory Zafona. Barcelona jest tu równie mroczna i tajemnicza a przy tym jakaś melancholijna.
Historia opowiedziana przez narratora, który jednocześnie jest jej głównym bohaterem, ma własciwie dwie warstwy. Pierwsza to przerażająca przygoda gimnazjalisty Oskara i jego nowowpoznanej koleżanki, przyjaciółki, dziewczyny? – Mariny. Przygoda, która nawiązuje do strasznej i okrutnej historii sprzed kilkudziesięciu lat – historii MIchala Kolevnika, tajemniczego przybysza z Pragi. Tajemniczego i, jak się okazuje, przerażającego.
Druga warstwa to opis pożegnania ze światem nieuleczalnie chorej dziewczyny. Jej próba uporania się z widmem nadchodzącej śmierci, niedoskonałości własnego ciała – tak wyraźnie połączona z obsesją Kolevnika, który postanowił oszukać śmierć, prowadząc swoje potworne eksperymenty.
Sam autor w Prologu mówi: W trakcie pisania wszystko w opowiadanej przeze mnie historii stawało się jednym wielkim pożegnaniem, a kiedy już ja kończyłem, narastało we mnie wrażenie, że coś bardzo mojego, coś, czego do dziś nie potrafię nazwać, ale czego mi ciągle brakuje, zostało tam na zawsze. Piętnaście lat później nawiedziło mnie wspomnienie tamtego dnia.. Zobaczyłem chłopca bładzacego pośród mgieł dworca Francia i imię Marina zabolało znowu jak swieża rana. Wszyscy skrywamy w najgłębszych zakamarkach duszy jakiś sekret. A oto moja tajemnica.
Trudno powiedzieć, że ksiązka zachwyca. Treść raczej przeraża. Choć ten niesamowity klimat, rodem z horrorów o Frankensteinie, połaczony z niepowtarzalną atmosferą Barcelony Zafona sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem…