Napisane przez: motikiri | Luty 8, 2010

Chopin i piłka

Niedziela. Godzina 11.45. Piłkarskie wydarzenie w Polsce, w Sali Kongresowej w Warszawie. Losowanie grup eliminacyjnych do Euro 2012.

Samo losowanie – nic ciekawego. Kilku panów w garniturach (byłychp iłkarzy, w tym Boniek) losowało po kolei kapsuły z nazwami państw z poszczególnych koszyków (każdy zawierał nazwy reprezentacji zbliżonych do siebie umiejetnościami piłkarskimi). W końcu wszystkich uczestników podzielono na 9 grup.

Najciekawiej, choć raczej z kulturowego punktu widzenia, wyglada grupa A, w której są Turcja, Austria i Niemcy. Oj, będzie się działo na ulicach… Sama już się nie mogę doczekać tych spotkań.

Moi faworyci (oczywiście pomijając Polskę, ale bądźmy realistami) – Hiszpanie są w grupie I, Portugalia w rupie H. I obie drużyny raczej nie powinny mieć problemu z przejściem do finałów.

Sama zaś oprawa całego losowania. No cóż… Niewątpliwie ciekawym połączeniem był film z historią ME ( w końcu w 2012 roku będą obchodziły 50 lat) z muzyką Chopina (mamy rok chopinowski).  Tyle, ze nie jestem pewna, czy pomysł był do końca trafiony. Piłarskie emocje raczej nie pasują do muzyki fortepianowej, zwłaszcza do ballady… Ale… Plus dla organizatorów, że próbują promować naszą kulturę…

Znacznie ciekawszy był występ AudioFeel, choć i tutaj prowadzący posunęli się do lekkiej przesady, nazywając gwiazdę wykreowaną przez program “Mam talent!” jedną z największych gwiazd na polskiej scenie muzycznej. Hmmm… chyba znam większe, choć chłopakom nie można odmówić talentu…

Napisane przez: motikiri | Luty 6, 2010

Tyle wiemy o sobie…

Jest tylko jedenaście lat starsza ode mnie. A tyle już zrobiła, osiągnęła, zobaczyła. Zdobyła Koronę Ziemi (najwyższy szczyt każdego kontynentu, w sumie siedem szczytów), została redaktor naczelną National Geographic i National Geographic Traveler, prowadziłą kilka własnych programów w telewizji, w tym programy podróznicze i motoryzacyjne. Wreszcie: urodziła córeczkę, co nie przeszkodziło jej w realizowaniu wyzwań wczesniej wymyślonych i w stawianiu nowych.

Martyna Wojciechowska. Jedna z największych gwaizd wylansowanych przez TVN. (zaczęło się od Big Brothera – kto jeszcze pamięta to blond dziewczę w cekinach prowadzące program?). Prywatnie – sympatyczna, uśmiechnieta osoba z pasją, którą zaraża innych. Miałam okazję być na spotkaniu z nią, zorganizowanym przy okazji festiwalu Wondół Challenge – festiwalu filmów górskich. I to spotkanie, opowiedziane historie, optymizm i pokora w jednym dodało mi skrzydeł. Jakiejś takiej dziwnej pewności, że chcieć to móc.

Oprócz Martyny na spotkaniu o swoich górskich, himalajskich przygodach opowiadał Krzysztof Wielicki. Długoletni himalaista, który zdobył Koronę Himalajów (14 najwyższych himalajskich szczytów). I który miał okazję wspinać się w czasach, kiedy M. Everest nie był jeszcze tak skomercjalizowany, kiedy bycie alpinistą było czymś niezwykłym, zupełnie dziwnym, innym. I respektem przed górami napawa to, ze spośród osób wymienionych przez pana Krzysztofa wiele nie wróciło z wypraw. Zginęło w szczelinach, pod lawinami. Bo góry potrafią nauczyc pokory. Nawet tych, którzy nigdy nie mieli doczynienia z K2.

Napisane przez: motikiri | Luty 4, 2010

o połowę więcej?

Byłam w kinie. Widziałam film. Film w kolorze, z muzyką. Ale tak, jakbym widziała go już wcześniej…

Kiedy Fellini kręcił swój film w latach sześdziesiątych był to obraz niewątpliwie monumentalny, doceniany. Nowatorski w tym, że metatekstowy. Bo tak nazwać można film traktujący o… robieniu filmu. Komentatorzy, historycy filmu i filmoznawcy sa zgodni co do tego, ze tematem “Osiem i pół” Felliniego jest niemoc twórcza artysty. Często dzieło to odczytywane jest w kontekście biografii reżysera, który wtedy był już cenionym twórcą (jego wcześniejsze “Dolce vita” z niecodziennym spojrzeniem na czasy wojny zostało wczesniej docenione). A więc artysta zagubiony w sławie, popularności, z oczekiwaniami wobec samego siebie przerastającymi go. Do tego uwikłany w szereg trudnych relacji z otaczającymi go kobietami i, co we Włoszech początków drugiej połowy XX wieku nie mogło nie ujść uwadze publiczności, trudne relacje z kościołem.

W roku 2010 na ekrany kin wszedł film “Dziewięć”, szeroko komentowany, zapowiadany jako najbardziej oczekiwana premiera.

Reżyseria R. Marshalla – specjalisty od hollywoodzkich musicali oraz doborowa obsada: Judi Dench, Kate Hudson, Nicol Kidman i wreszcze Penelope Cruz, z której powodu wiele osób zdecydowało się obejrzeć film, licząc na tak samo fascynującą kreację, jaką oglądać mogliśmy w “Vicky, Christina, Barcelona”. Zresztą najwięcej emocji przysporzyły filmowi doniesienia, jakoby dawne nieprzyjaciółki – Nicol i Penelope, swego czasu rywalizujące o wzgledy Toma Cruisa, stały się n planie tego filmu najlepszymi koleżankami.

W ogólnym rozrachunku film jednak rozczarowuje. Przede wszystkim tym, że nie zostało pokazane właściwie nic nowego. Te same problemy, te same sceny, ba… nawet podobieństwo aktorów odtwarzających główne role. Film nie zaskakuje. I nie ratuje go nawet fakt zmiany gatunkowej – jako musical film staje się jeszcze bardziej zawiły. Choć niewątpliwie ścieżka dźwiękowa zdaje się ratować cały obraz przed totalną klęską. Słusznie zresztą piosenka filmu “Take it all” została nominowana do Oscara w kategorii najlepsza muzyka (film dostał też nominację w kategorii kostiumy i scenografia, moim zdaniem słusznie).

  .

Choć mnie stanowczo bardziej podobała się pisenka “Be Italian”:

i towarzyszący jej taniec Saraghiny, kobiety, która była przyczyną pierwszych erotycznych doświadczeń (wzrokowych) bardzo młodego wtedy głównego bohatera. Scena ta, moim zdaniem jest jedną z najlepszych w całym filmie – pasjonująca, poruszająca, wyzwalająca emocje…

Rozczarowuje Penelope Cruz. Może nawet nie samą swoją sztuką aktorską, która nie jest zła, na zwykłym poziomie aktorki. Ale fakt tego, co miała zagrać jest irytujący. Przez większa część swoich kwestii Penelope wije się miedzy dwoma linami, gładzi po udach odzianych w kabaretki, ewentualnie wykonuje inne bardziej lub mniej (raczej bardziej) erotyczne ruchy. A jedynynym momentem, w którym mogliśmy podziwiać jej kunszt aktorski jest scena próby samobójczej…

Jak na film tak szeroko komentowany w calej znanej mi prasie kobiecej – zdecydowane rozczarowanie. Choć nad kupnem ścieżki dźwiękowej warto się zastanowić. A jesli ktoś ma ochotę na ucztę kinomana polecam raczej pierwowzór.

Napisane przez: motikiri | Luty 1, 2010

“Zaginiony symbol” Dan Brown

Nie pamietam, kiedy ostatni raz jakaś książka tak mnei wciągnęła,  że nie byłam w stanie jeść, spać i zapomniałam o wszystkim wokół. A jednak to jeszcze jest mozliwe.  Nawet wobec pesymistycznych przepowiedni dr Koziołka, który twierdził, ze osoby w jakiś sposób zajmujace się zawodow czytaniem literatury i jej analizowaniem nie sa wstanie normalnie przeczytać książki. A jednak.

Czytając “Zaginiony symbol” Dana Browna wyłaczyłam wszystko. Nawet myślenie. No, moze prawie. Bo jednak cały czas gdzieś z tyłu głowy kołatała myśl, jaka będzie reakcja Kościoła tudzież konserwatywnych kościelnych kręgów na tę książkę.  Bo ciągle jeszcze pamietam echa słynnego “Kodu Leonarda” (filmu i książki), potem nieco mniejsza afera o “Anioły i demony” (choć moim zdaniem tutaj Kościół mógłby doszukiwać się więcej).

Teraz akcja przenosi się do Waszyngtonu. Zwabiony podstępem profesor Langdon musi zająć się sprawą powiązaną z tajemnicą wolnomularzy, różokrzyżowców i wszystkich pokrewnych ugrupowań. Stawka jest wysoka – życie przyjaciela, a czasu bardzo mało – cała akcja rozgrywa się w ciągu jednej nocy.

I jak zwykle, ksiązka Dana Browna zapiera dech w piersiach, porusza tematy kontrowersyjne, prezentując teorie nie do przyjęcia dla niektórych. Choć z drugiej strony może też być przyczynkiem do otwarcia się na nowe spojrzenie na świat, na religię, wiarę i naukę… Sama mam ochotę poczytać wymienionych w powieści myślicieli.

Tylko końcówka (a właściwie ostatnie 100 stron) zaczyna być bardzo fantastyczne, nierealne, zdaje się być lekko przesadzone. Chociaż, kto wie..? Może zaawansowane technologie CIA już się nimi posługuje?

Napisane przez: motikiri | Listopad 19, 2009

Strata czasu

Jeśli jest coś czego niecierpię i za co sama do siebie mam żal, to jest to tracenie czasu na nic. Zwłaszcza czasu, który powinien być przeznaczony na realizację PRIORYTETÓW. Tymczasem urząd miejski w Zabrzu z całą swą “przeogromną sympatią” i co oni tam jeszcze o sobie wygadują zorganizował mi dzisiejszy czas, za co im serdecznie dziękuję…

Nie wiem, czy ci ludzie głupi są czy głusi, ale ileż razy mozna powtarzać, że my chętnie się spotkamy, ale wszyscy pracujemy społecznie, mając obok  ZHP pracę zawodową, studia, szkoły i inne zobowiązania. Tymczasem Królowa Matka wtargnęła wczoraj do hufca, nie uprzedzając absolutnie nikogo o swoim zamiarze, zadziwiona, że zastała tam jedynie stażystkę, opieprzyła ją za to, zę ściany niepomalowane, po czym stanowczo zażądała obecności kogoś władnego następnego dnia o godzinie jedenastej.

I tylko fakt, że byłam umówiona z policją (do którego to spotkania nie doszło, choć chłopcy przynajmniej zadzwonili i przeprosili, a wcześniej byli tak mili, że się umówili) i dzień uczelniany i tak spisałam na straty powstrzymał mnie od wygarnięcia skąd inąd miłemu panu urzędnikowi, co sądzę o metodach działania tego całego urzędu i jego naczelnej gwiazdy w szczególności. Bo Gwiazda oczywiście już się pojawić nie raczyła.

Tymczasem ja grzecznie o jedenastej się stawiłam, czekałam na zakończenie pisania jakiegoś protokołu, w którym i tak mieli błędy, jakieś dwie godziny, żeby się dowiedzieć, ze oni to i tak będą poprawiać i w związku z tym i tak się jutro muszę pofatygować do UM.

Ale tu już z panem wyjaśniliśmy sobie sprawę. Najbardziej zabawny jest zaś fakt, ze widocznie nasz czas tracony na rozmowy z Władzą Najwyższą i tak można spisać na straty i już lepiej wykorzystany byłby ten czas na pisanie wierszy do szuflady. Bo cokolwiek się nie ustali to i tak zostanie to pozmieniane. Jak się okazało nagle – Stowarzyszenie Guido, lider projektu, pod którym się Władza podpisała, który zaakceptowała i którym już się zamierza chwalić, nie ma w ogóle absolutnie prawa głosu i nie może, zgodnie z ustaleniami z Panem Prezesem z daleka rozmawiać o szczegółach, bo przecież nikt im jeszcze nie pozwolił rozmawiać o ogóle (który już moim zdaniem, zdaniem lidera i jeszcze paru innych osób, został dawno ustalony). No cóż…

Byle do przyszłej jesieni…

Napisane przez: motikiri | Sierpień 29, 2009

komendant na obozie

Będzie w całości harcersko. W końcu dojrzałam, żeby znowu napisać, sytuacja moja trochę się uspokoiła, ugruntowała i w końcu mogę wrócić do spisywania swoich obserwacji. Bo w końcu na widok komputera nie ogarnia mnie zniechęcenie i jakaś dziwna senność. Chyba naładowałam trochę baterie. Albo raczej znalazłam źródło doładowania i… satysfakcji.
Od 7. marca (tak, ta data wyryła się w pamięci chyba już na zawsze), moje życie zaczęło przypominać karuzelę, nie do końca uruchomioną przeze mnie. Wszystko wokół wirowało, a ja zamiast nacisnąć guzik stop mogłam jedynie koncentrować się na tym, żeby nie zwymiotować. (wiem, porównanie drastyczne, ale tak właśnie było). Brak poczucia kontroli, za to poczucie zagubienia i niepewności towarzyszyło mi codziennie od rana, do wieczora, nie pozwalając nawet spokojnie zasnąć. Wiem, druh komendant mówił, że sznur komendancki jest ciężki…
Pojechałam na obóz. bałam się jak cholera, bo to NAL, bo na NALu jest tyle pracy, bo tyle problemów, a jeszcze tona papierów do rozliczenia, do stworzenia, do… Jeszcze rok temu zarzekałam się, że na żaden NAL absolutnie nigdy nie jadę. Sytuacja się zmieniła, trzeba było pojechać i… nie żałuję. A teraz wiadomość niesłychana – Druhna komendant na NAL-u wybawiła się jak nigdy, odpoczęła i… kilka razy płakała ze wzruszenia.
Nie było łatwo – fakt. Ale… dzieci, które przytulały się po powrocie do Zabrza i obiecywały, ze za rok jadą, ale tylko z tą kadrą, z którą były teraz; kilku chłopców, którzy zamiast się pobić z kolegami na placu zaczęli rozwiązywać problemy rozmową, którzy w drugim dniu obozu przyszli z prośbą o założenie drużyny i którzy w tym postanowieniu wytrwali do końca, udowadniając, zę chcą się zmienić, że chcą zmienić swoje życie; rozkaz wydany w ostatnim dniu, powołujący drużynę i to taką, której powstanie wyszło z inicjatywy szeregowych członków, nie drużynowego; wreszcie komplementy (nietypowe) usłyszane od kadry sprawiły, że w końcu zaczęłam cieszyć się z bycia komendantem. Naprawdę.
Co do tych komplementów – były dziwne, bo brzmiały mniej więcej tak: “komendant roznosi podwieczorek i nalewa zupę na jadalni?!? niemożliwe”. “komendant zna imiona wszystkich dzieci na NAL-u? to nowowść.” “komendant tak się zintegrował z podopiecznymi, ze jak tylko wpadają teraz do hufca to pierwsze co – idą się zameldować druhnie komendant?!?”. A ja mam dziką satysfakcję, jak widzę moich chłopców, którym naprawdę się chce. Jak dzieci na ulicy z daleka wołają “dzień dobry Druhno!” i kiedy całą kadra w hufcu patrzy na to z niedowierzaniem…
W końcu wizyty w hufcu zaczęły mi sprawiać przyjemność. Nie tylko mnie zresztą, bo wpada dużo osób tak, żeby wpaść. A instruktorzy mówią, że w końcu coś się dzieje i zaczyna funkcjonować tak, jak powinno.
Cieszy mnie to, bo wiem, zę jednak nie zawiodłam zaufania, którym mnie obdarzono. I szkoda tylko, ze moje zaufanie zostało zawiedzione. I to w tak dziwny i zupełnie bezsensowny i niepotrzebny sposób. Zainwestowałam w niewłaściwą osobę. I to jest przykre. Jeszcze bardziej przykry jest fakt, że osobę tę prywatnie lubię, ale muszę jej podziękować za współpracę w komendzie, bo trzeba zadbać o dobro hufca. I mam nadzieję, że ta osoba stanie na wysokości sytuacji. Choć mam obawy, zę skończy się trzaśnięciem drzwiami. I to będzie ostateczny dowód na to, że popełniłam błąd. A szkoda…

A poniżej kilka zdjęć, pokazujących jak komendantka NAL-u podniosła poprzeczkę w stosunku do byłych komendantów (choć pewnie nie wszystkich, bo to by było krzywdzące stwierdzenie) tej formy…

gramy w Chińczykapozoracja na nocnym biegu;)wszyscy razem

Napisane przez: motikiri | Lipiec 14, 2009

Historie rodzinne

Długo mnie tu nie było… Czas odkurzyć stare śmieci i znów zaznaczyć swoją obecność w sieci.
Gwoli wyjaśnienia (czy tez raczej usprawiedliwienia) – podejmując się pewnej funkcji z wyboru nie wiedziałam, że aż tyle “kwiatków” wypłynie i że aż tyle rzeczy trzeba będzie prostować. Wciąż wiele się za nami ciągnie, ale… już chyba widać gdzieś na horyzoncie koniec tych karkołomnych serpentyn. Wychodzimy na prostą. Co nie oznacza, ze na tej prostej nie ma wybojów, a za chwilę znów nie będzie zakrętów… W kazdym razie… wszystko jest na dobrej drodze inshAllah. A to pozwala mi wrócić tutaj i kilka chwil poświęcić temu miejscu.
Ostatni weekend upłynął pod znakiem spotkań rodzinnych. Nie tylko dlatego, że przyjechał Symeon – dziecko przekochane, ale absolutnie absorbujące, z którym trzeba cały czas coś robić. No chyba, ze aktualnie ogląda kreskówki, co robi chętnie i chłonie je całym sobą – skutki nieposiadania telewizora w domu. Kreskówki nota bene są idiotyczne, przynajmniej część z nich. Aż z łezką w oku wspominałam Rumcajsa, Smurfy i Brygadę RR. Czyżby to była oznaka starzenia się? Choć nie powiem – Jake – amerykański smok mnie wciągnął…
Ale nie o tym chciałam. Jako, ze SYmeon z rodzicami bywa rzadko, odwiedziliśmy ciocię spod Częstochowy, która aktualnie czuje się na tyle źle, że praktycznie cały czas spędza w łóżku. Ciocia (młodsza siostra mojej babci) słynie ponadto z tego, że doskonale pamięta historie rodzinne, nawet te, których świadkiem, z racji wieku, być nie mogła. Każdy wyjazd do Miedzna łączy się więc z opowieściami, legendami rodzinnymi i oglądaniem starych zdjeć – niektóre mają już koło 100 lat(!). Już się z mamą zastanawiamy, jak to zrobić, zeby te wszystkie wspomnienia spisać. InshAllah. Zwłaszcza, ze dokopywanie się do historii i pamiątek rodzinnych to ostatnio bardzo modne na Zachodzie zajęcie…
Zwłąszcza, ze w minioną sobotę zupełnei niespodziewanie pojawił się kolejny element rodzinnej układanki. Jako, ze wiem, ze babcia się stresuje, kiedy dziadek sam odwozi Symeona, pojechałam razem z nim. W drodze powrotnej, w okolicahc Bochni dziadek zaproponował wizytę u swoich kuzynek (niewidzianych od… 27 lat). Wstąpiliśmy an kawę, wzbudzając tym ogólną radość i zdziwienie. No i nagle dowiedziałam się ciekawych historii o tej części rodziny, o której istnieniu do tej pory nie wiedziałam. Baaa… dowiedziałam się nawet, że mam rodzinę w Kanadzie (a przynajmniej kiedyś w Kanadzie byli – wyjechali przed wojną, a w czasie wojny kontakt się urwał).
Moze tropienie takich historii rodzinnych jest właśnie czymś, co zaspokoi moje… detektywistyczne ciągotki?… ;)

Napisane przez: motikiri | Maj 25, 2009

Po-Ondraszkowo

Tak mi się nie chciało jechać… Miałam ochotę spędzić weekend w łóżku, pooglądać TV, poczytać i nie robić nic. Poza tym dobija mnie chaos, który ciągle panuje wokół. Zaczęło się od środowego dyżuru. Każdy miał milion pytań, oczywiście na skrajnie różne tematy. Co chwilę ktoś machał mi rzed nosem jakąś kolejną kartką (rachunki za źle rozliczoną dotację – i co ja mam z tym zrobić, jak nawet nie mam pojęcia, o co w tej dotacji chodziło?!?; budżety bieżących dotacji, uchwała Zjazdu ZHP na temat “Deklaracji ideowej” i na koniec raport poobozowy z Kielc). No i oczywście każda z tych spraw na wczoraj. Do tego za dwa dni kurs wychowawców i mój wyjazd na Rajd Ondraszkowy, a po drodze jeszcze zbiórka wyborcza… Masakra…
Ale, kiedy już udało mi się w końcu spakować, w rekordowym tempie i z rekordowym poziomem stresu, że czegoś zapomniałam, pojechałam w końcu. I… serdecznie dziękuję mojej mamie, ze mnie tam wypchała i jej drużynie, ze mnie zabrała ;) Bo było super. Impreza zorganizowana przez Hufiec Ziemi Cieszyńskiej (a właściwie to chyba jedną z drużyn). Przegonili mnie po górach, uczyli beatować, a na koniec zabrali do małego żubra. I mimo tego, że mało się spało (specjalne podziękowania dla VIP ROOM-u i bynajmniej nie chodzi o kadrówkę – wtajemniczeni wiedzą;), że w tej chwili boli mnie chyba każdy mięsień, jaki mam (nawet te, o których istnieniu nie wiedziałam), że przez trzy dni nie miałam dostępu do prysznica – odpoczęłam, naładowałam akumulatory i znowu mi się chce.
A… no i fakt, że Dwójka ma dwie maskotki więcej (do Borysa – trofeum sprzed dwóch lat dołączyła teraz żubr – podobno ma się nazywać Lambert, na cześć hotelu z gry ekonomicznej – i bobrzyca z małym boberkiem – imiona ciąle dyskutowane). SZTORMOWI GRATULUJEMY WYGRANEJ.
A sobie gratuluję, że przetrwałam i udało mi się nie stracić cierpliwości.

Napisane przez: motikiri | Styczeń 18, 2009

zmiany…

Czasem życie zaskakuje nas kompletnie. Owszem, spodzieamy się czegoś, oswajamy jakąś myśl, ze przyjdzie nam się z czymś zmierzyć. A potem nagle okazuje się, że wszystko dzieje się za szybko. I to w najmniej odpowiednim momencie…
Ostatnia komenda – nagle nasza komendnatka stwierdziła, że odchodzi, rezygnuje z funkcji, natychmiast, w pierwszym mozliwym terminie. I… generalnie wszystko am w nosie: kto będzie komendnatem, co się stanie z budynkiem.
Co więcej, zostawia hufiec w sytuacji… conajmniej ciężkiej. Zwłaszcza finansowej. I to na dodtaek wlanie sie do tego przyczyniła swoją pensją…
I nagle cała odpowiedzialnosc za wszystko spada na nas – ludzi kompletnie nieprzygotowanych, zastępców od parzenia kawy. I gdyby nie wsparcie z góry… nie nawet nie chcę wiedzieć…
InshAllah się uda…

Napisane przez: motikiri | Styczeń 3, 2009

Biali bogowie

15_97883241277401Książka tyleż ciekawa, co tajemnicza… Przeczytałam wczoraj. Nie mogłam się oderwać. Dla mnie inetersująca z dwóch powodów. Po pierwsze porusza problem holokaustu. Opowiada historię zbrodniarza hitlerowskiego, który z nową rodziną i pod fałszywym nazwiskiem w wyniku wypadku samolotu ląduje w amazońskiej dżungli, w wiosce plemienia Dzikich Yayomi. Dramaturgii sytuacji dodaje fakt, że spotykają tam niemieckiego antropologa, który… okazuje się być Żydem.
Drugi wątek – dla mnie interesujący z powodu studiów – to problem cywilizacji i tzw. Dzikich. Choć ja bym to nazwała raczej zderzeniem dwóch cywilizacji – zachodnioeuropejskiej, z jej przekonaniem o wyższości i jednoczesnym uwięzieniu w systemie norm i zasad morlanych, które w dżungli okazują się zupełnie bezpodstawne, zbędne, a wręcz ograniczające, czy… niebezpieczne. Z drugiej strony – normy moralne i etyczne tzw. Dzikich, którzy nie używają odzienia, a z drugiej strony hołdują zasadom honoru i wierności małżeńskiej.
Warto przeczytać, choćby po to, żeby stwierdzić, ze to co nasze nie zawsze sprawdza się w nienaszej sytuacji, a kategoria lepszy-gorszy w odniesieniu do ludzi, kultury, czy norm społecznych nigdy nie jest obiektywna i tak naprawdę nie ma zastosowania w praktyce…
No i jeszcze jedna rzecz – nie do końca wiadomo, kto jest autorem. Na stronie tytułowej widnieje nazwisko – Torsten Krol, jednak literaturoznawcy sądzą, po analizie stylu i kunsztu literackiego, że jest to pseudonim. Czyj? Nie ma pewności… Autor z wydawcą kontaktuje się jedynie mailowo, a jedyne, co o nim wiadomo – ze pochodzi z Australii. Czy jednak w dobie globalizacji to o czymś świadczy?

Starsze wpisy »

Kategorie