Napisane przez: motikiri | listopad 19, 2009

Strata czasu

Jeśli jest coś czego niecierpię i za co sama do siebie mam żal, to jest to tracenie czasu na nic. Zwłaszcza czasu, który powinien być przeznaczony na realizację PRIORYTETÓW. Tymczasem urząd miejski w Zabrzu z całą swą “przeogromną sympatią” i co oni tam jeszcze o sobie wygadują zorganizował mi dzisiejszy czas, za co im serdecznie dziękuję…

Nie wiem, czy ci ludzie głupi są czy głusi, ale ileż razy mozna powtarzać, że my chętnie się spotkamy, ale wszyscy pracujemy społecznie, mając obok  ZHP pracę zawodową, studia, szkoły i inne zobowiązania. Tymczasem Królowa Matka wtargnęła wczoraj do hufca, nie uprzedzając absolutnie nikogo o swoim zamiarze, zadziwiona, że zastała tam jedynie stażystkę, opieprzyła ją za to, zę ściany niepomalowane, po czym stanowczo zażądała obecności kogoś władnego następnego dnia o godzinie jedenastej.

I tylko fakt, że byłam umówiona z policją (do którego to spotkania nie doszło, choć chłopcy przynajmniej zadzwonili i przeprosili, a wcześniej byli tak mili, że się umówili) i dzień uczelniany i tak spisałam na straty powstrzymał mnie od wygarnięcia skąd inąd miłemu panu urzędnikowi, co sądzę o metodach działania tego całego urzędu i jego naczelnej gwiazdy w szczególności. Bo Gwiazda oczywiście już się pojawić nie raczyła.

Tymczasem ja grzecznie o jedenastej się stawiłam, czekałam na zakończenie pisania jakiegoś protokołu, w którym i tak mieli błędy, jakieś dwie godziny, żeby się dowiedzieć, ze oni to i tak będą poprawiać i w związku z tym i tak się jutro muszę pofatygować do UM.

Ale tu już z panem wyjaśniliśmy sobie sprawę. Najbardziej zabawny jest zaś fakt, ze widocznie nasz czas tracony na rozmowy z Władzą Najwyższą i tak można spisać na straty i już lepiej wykorzystany byłby ten czas na pisanie wierszy do szuflady. Bo cokolwiek się nie ustali to i tak zostanie to pozmieniane. Jak się okazało nagle – Stowarzyszenie Guido, lider projektu, pod którym się Władza podpisała, który zaakceptowała i którym już się zamierza chwalić, nie ma w ogóle absolutnie prawa głosu i nie może, zgodnie z ustaleniami z Panem Prezesem z daleka rozmawiać o szczegółach, bo przecież nikt im jeszcze nie pozwolił rozmawiać o ogóle (który już moim zdaniem, zdaniem lidera i jeszcze paru innych osób, został dawno ustalony). No cóż…

Byle do przyszłej jesieni…

Napisane przez: motikiri | sierpień 29, 2009

komendant na obozie

Będzie w całości harcersko. W końcu dojrzałam, żeby znowu napisać, sytuacja moja trochę się uspokoiła, ugruntowała i w końcu mogę wrócić do spisywania swoich obserwacji. Bo w końcu na widok komputera nie ogarnia mnie zniechęcenie i jakaś dziwna senność. Chyba naładowałam trochę baterie. Albo raczej znalazłam źródło doładowania i… satysfakcji.
Od 7. marca (tak, ta data wyryła się w pamięci chyba już na zawsze), moje życie zaczęło przypominać karuzelę, nie do końca uruchomioną przeze mnie. Wszystko wokół wirowało, a ja zamiast nacisnąć guzik stop mogłam jedynie koncentrować się na tym, żeby nie zwymiotować. (wiem, porównanie drastyczne, ale tak właśnie było). Brak poczucia kontroli, za to poczucie zagubienia i niepewności towarzyszyło mi codziennie od rana, do wieczora, nie pozwalając nawet spokojnie zasnąć. Wiem, druh komendant mówił, że sznur komendancki jest ciężki…
Pojechałam na obóz. bałam się jak cholera, bo to NAL, bo na NALu jest tyle pracy, bo tyle problemów, a jeszcze tona papierów do rozliczenia, do stworzenia, do… Jeszcze rok temu zarzekałam się, że na żaden NAL absolutnie nigdy nie jadę. Sytuacja się zmieniła, trzeba było pojechać i… nie żałuję. A teraz wiadomość niesłychana – Druhna komendant na NAL-u wybawiła się jak nigdy, odpoczęła i… kilka razy płakała ze wzruszenia.
Nie było łatwo – fakt. Ale… dzieci, które przytulały się po powrocie do Zabrza i obiecywały, ze za rok jadą, ale tylko z tą kadrą, z którą były teraz; kilku chłopców, którzy zamiast się pobić z kolegami na placu zaczęli rozwiązywać problemy rozmową, którzy w drugim dniu obozu przyszli z prośbą o założenie drużyny i którzy w tym postanowieniu wytrwali do końca, udowadniając, zę chcą się zmienić, że chcą zmienić swoje życie; rozkaz wydany w ostatnim dniu, powołujący drużynę i to taką, której powstanie wyszło z inicjatywy szeregowych członków, nie drużynowego; wreszcie komplementy (nietypowe) usłyszane od kadry sprawiły, że w końcu zaczęłam cieszyć się z bycia komendantem. Naprawdę.
Co do tych komplementów – były dziwne, bo brzmiały mniej więcej tak: “komendant roznosi podwieczorek i nalewa zupę na jadalni?!? niemożliwe”. “komendant zna imiona wszystkich dzieci na NAL-u? to nowowść.” “komendant tak się zintegrował z podopiecznymi, ze jak tylko wpadają teraz do hufca to pierwsze co – idą się zameldować druhnie komendant?!?”. A ja mam dziką satysfakcję, jak widzę moich chłopców, którym naprawdę się chce. Jak dzieci na ulicy z daleka wołają “dzień dobry Druhno!” i kiedy całą kadra w hufcu patrzy na to z niedowierzaniem…
W końcu wizyty w hufcu zaczęły mi sprawiać przyjemność. Nie tylko mnie zresztą, bo wpada dużo osób tak, żeby wpaść. A instruktorzy mówią, że w końcu coś się dzieje i zaczyna funkcjonować tak, jak powinno.
Cieszy mnie to, bo wiem, zę jednak nie zawiodłam zaufania, którym mnie obdarzono. I szkoda tylko, ze moje zaufanie zostało zawiedzione. I to w tak dziwny i zupełnie bezsensowny i niepotrzebny sposób. Zainwestowałam w niewłaściwą osobę. I to jest przykre. Jeszcze bardziej przykry jest fakt, że osobę tę prywatnie lubię, ale muszę jej podziękować za współpracę w komendzie, bo trzeba zadbać o dobro hufca. I mam nadzieję, że ta osoba stanie na wysokości sytuacji. Choć mam obawy, zę skończy się trzaśnięciem drzwiami. I to będzie ostateczny dowód na to, że popełniłam błąd. A szkoda…

A poniżej kilka zdjęć, pokazujących jak komendantka NAL-u podniosła poprzeczkę w stosunku do byłych komendantów (choć pewnie nie wszystkich, bo to by było krzywdzące stwierdzenie) tej formy…

gramy w Chińczykapozoracja na nocnym biegu;)wszyscy razem

Napisane przez: motikiri | lipiec 14, 2009

Historie rodzinne

Długo mnie tu nie było… Czas odkurzyć stare śmieci i znów zaznaczyć swoją obecność w sieci.
Gwoli wyjaśnienia (czy tez raczej usprawiedliwienia) – podejmując się pewnej funkcji z wyboru nie wiedziałam, że aż tyle “kwiatków” wypłynie i że aż tyle rzeczy trzeba będzie prostować. Wciąż wiele się za nami ciągnie, ale… już chyba widać gdzieś na horyzoncie koniec tych karkołomnych serpentyn. Wychodzimy na prostą. Co nie oznacza, ze na tej prostej nie ma wybojów, a za chwilę znów nie będzie zakrętów… W kazdym razie… wszystko jest na dobrej drodze inshAllah. A to pozwala mi wrócić tutaj i kilka chwil poświęcić temu miejscu.
Ostatni weekend upłynął pod znakiem spotkań rodzinnych. Nie tylko dlatego, że przyjechał Symeon – dziecko przekochane, ale absolutnie absorbujące, z którym trzeba cały czas coś robić. No chyba, ze aktualnie ogląda kreskówki, co robi chętnie i chłonie je całym sobą – skutki nieposiadania telewizora w domu. Kreskówki nota bene są idiotyczne, przynajmniej część z nich. Aż z łezką w oku wspominałam Rumcajsa, Smurfy i Brygadę RR. Czyżby to była oznaka starzenia się? Choć nie powiem – Jake – amerykański smok mnie wciągnął…
Ale nie o tym chciałam. Jako, ze SYmeon z rodzicami bywa rzadko, odwiedziliśmy ciocię spod Częstochowy, która aktualnie czuje się na tyle źle, że praktycznie cały czas spędza w łóżku. Ciocia (młodsza siostra mojej babci) słynie ponadto z tego, że doskonale pamięta historie rodzinne, nawet te, których świadkiem, z racji wieku, być nie mogła. Każdy wyjazd do Miedzna łączy się więc z opowieściami, legendami rodzinnymi i oglądaniem starych zdjeć – niektóre mają już koło 100 lat(!). Już się z mamą zastanawiamy, jak to zrobić, zeby te wszystkie wspomnienia spisać. InshAllah. Zwłaszcza, ze dokopywanie się do historii i pamiątek rodzinnych to ostatnio bardzo modne na Zachodzie zajęcie…
Zwłąszcza, ze w minioną sobotę zupełnei niespodziewanie pojawił się kolejny element rodzinnej układanki. Jako, ze wiem, ze babcia się stresuje, kiedy dziadek sam odwozi Symeona, pojechałam razem z nim. W drodze powrotnej, w okolicahc Bochni dziadek zaproponował wizytę u swoich kuzynek (niewidzianych od… 27 lat). Wstąpiliśmy an kawę, wzbudzając tym ogólną radość i zdziwienie. No i nagle dowiedziałam się ciekawych historii o tej części rodziny, o której istnieniu do tej pory nie wiedziałam. Baaa… dowiedziałam się nawet, że mam rodzinę w Kanadzie (a przynajmniej kiedyś w Kanadzie byli – wyjechali przed wojną, a w czasie wojny kontakt się urwał).
Moze tropienie takich historii rodzinnych jest właśnie czymś, co zaspokoi moje… detektywistyczne ciągotki?… ;)

Napisane przez: motikiri | maj 25, 2009

Po-Ondraszkowo

Tak mi się nie chciało jechać… Miałam ochotę spędzić weekend w łóżku, pooglądać TV, poczytać i nie robić nic. Poza tym dobija mnie chaos, który ciągle panuje wokół. Zaczęło się od środowego dyżuru. Każdy miał milion pytań, oczywiście na skrajnie różne tematy. Co chwilę ktoś machał mi rzed nosem jakąś kolejną kartką (rachunki za źle rozliczoną dotację – i co ja mam z tym zrobić, jak nawet nie mam pojęcia, o co w tej dotacji chodziło?!?; budżety bieżących dotacji, uchwała Zjazdu ZHP na temat “Deklaracji ideowej” i na koniec raport poobozowy z Kielc). No i oczywście każda z tych spraw na wczoraj. Do tego za dwa dni kurs wychowawców i mój wyjazd na Rajd Ondraszkowy, a po drodze jeszcze zbiórka wyborcza… Masakra…
Ale, kiedy już udało mi się w końcu spakować, w rekordowym tempie i z rekordowym poziomem stresu, że czegoś zapomniałam, pojechałam w końcu. I… serdecznie dziękuję mojej mamie, ze mnie tam wypchała i jej drużynie, ze mnie zabrała ;) Bo było super. Impreza zorganizowana przez Hufiec Ziemi Cieszyńskiej (a właściwie to chyba jedną z drużyn). Przegonili mnie po górach, uczyli beatować, a na koniec zabrali do małego żubra. I mimo tego, że mało się spało (specjalne podziękowania dla VIP ROOM-u i bynajmniej nie chodzi o kadrówkę – wtajemniczeni wiedzą;), że w tej chwili boli mnie chyba każdy mięsień, jaki mam (nawet te, o których istnieniu nie wiedziałam), że przez trzy dni nie miałam dostępu do prysznica – odpoczęłam, naładowałam akumulatory i znowu mi się chce.
A… no i fakt, że Dwójka ma dwie maskotki więcej (do Borysa – trofeum sprzed dwóch lat dołączyła teraz żubr – podobno ma się nazywać Lambert, na cześć hotelu z gry ekonomicznej – i bobrzyca z małym boberkiem – imiona ciąle dyskutowane). SZTORMOWI GRATULUJEMY WYGRANEJ.
A sobie gratuluję, że przetrwałam i udało mi się nie stracić cierpliwości.

Napisane przez: motikiri | styczeń 18, 2009

zmiany…

Czasem życie zaskakuje nas kompletnie. Owszem, spodzieamy się czegoś, oswajamy jakąś myśl, ze przyjdzie nam się z czymś zmierzyć. A potem nagle okazuje się, że wszystko dzieje się za szybko. I to w najmniej odpowiednim momencie…
Ostatnia komenda – nagle nasza komendnatka stwierdziła, że odchodzi, rezygnuje z funkcji, natychmiast, w pierwszym mozliwym terminie. I… generalnie wszystko am w nosie: kto będzie komendnatem, co się stanie z budynkiem.
Co więcej, zostawia hufiec w sytuacji… conajmniej ciężkiej. Zwłaszcza finansowej. I to na dodtaek wlanie sie do tego przyczyniła swoją pensją…
I nagle cała odpowiedzialnosc za wszystko spada na nas – ludzi kompletnie nieprzygotowanych, zastępców od parzenia kawy. I gdyby nie wsparcie z góry… nie nawet nie chcę wiedzieć…
InshAllah się uda…

Napisane przez: motikiri | styczeń 3, 2009

Biali bogowie

15_97883241277401Książka tyleż ciekawa, co tajemnicza… Przeczytałam wczoraj. Nie mogłam się oderwać. Dla mnie inetersująca z dwóch powodów. Po pierwsze porusza problem holokaustu. Opowiada historię zbrodniarza hitlerowskiego, który z nową rodziną i pod fałszywym nazwiskiem w wyniku wypadku samolotu ląduje w amazońskiej dżungli, w wiosce plemienia Dzikich Yayomi. Dramaturgii sytuacji dodaje fakt, że spotykają tam niemieckiego antropologa, który… okazuje się być Żydem.
Drugi wątek – dla mnie interesujący z powodu studiów – to problem cywilizacji i tzw. Dzikich. Choć ja bym to nazwała raczej zderzeniem dwóch cywilizacji – zachodnioeuropejskiej, z jej przekonaniem o wyższości i jednoczesnym uwięzieniu w systemie norm i zasad morlanych, które w dżungli okazują się zupełnie bezpodstawne, zbędne, a wręcz ograniczające, czy… niebezpieczne. Z drugiej strony – normy moralne i etyczne tzw. Dzikich, którzy nie używają odzienia, a z drugiej strony hołdują zasadom honoru i wierności małżeńskiej.
Warto przeczytać, choćby po to, żeby stwierdzić, ze to co nasze nie zawsze sprawdza się w nienaszej sytuacji, a kategoria lepszy-gorszy w odniesieniu do ludzi, kultury, czy norm społecznych nigdy nie jest obiektywna i tak naprawdę nie ma zastosowania w praktyce…
No i jeszcze jedna rzecz – nie do końca wiadomo, kto jest autorem. Na stronie tytułowej widnieje nazwisko – Torsten Krol, jednak literaturoznawcy sądzą, po analizie stylu i kunsztu literackiego, że jest to pseudonim. Czyj? Nie ma pewności… Autor z wydawcą kontaktuje się jedynie mailowo, a jedyne, co o nim wiadomo – ze pochodzi z Australii. Czy jednak w dobie globalizacji to o czymś świadczy?

Napisane przez: motikiri | grudzień 31, 2008

Kolejna Intifada?

W trwających od kilku dni walkach izraelsko-palestyńskich zginęło już 370 (380 wg. mediów hiszpańskich) Palestyńczyków a 1700 zostało rannych. Po stronie izraelskiej zginęły 4 osoby. Wszystkie media rozpisują się o tym, że premier Izraela, Olmer, stwierdził, że nie ma możliwości zaprzestania ataków. Nie poskutkował też apel prezydenta Sarkozy-ego o 48-godzinną przerwę w nalotach, aby dopuścić do Gazy pomoc humanitarną. Taka pomoc, według Czerwonego Krzyża jest niezbędna. Amerykański The New York Times przekazuje relacje Palestyńczyków, którzy godzinami stoją w kolejce po chleb, gdy tego brakuje albo sami są zmuszeni ten chleb wypiekać. Na ogniskach, bo nie ma gazu…
Jak donosi brytyjski The Times – na najwyższych szczeblach rządowych Izraela nie ma zgody – podczas, gdy premier koniecznie chce kontynuować ataki, mówiąc, że Hamasowi ufać nie wolno, o tyle minister obrony – Ehud Barak, byłby skłonny do przerwy i szukania pokojowych rozwiązań. Premier też mówi o rozwiązaniach pokojowych – długofalowych. Nie przestaje jednak bombardować. Prasa niemiecka i hiszpańska podkreśla zaangażowanie Europy, w szczególności Francji w to, aby konflikt zpstał zażegnany. Mówi się m.in. o planowanej wizycie izraelskiej minister spraw zagranicznych we Francji i rewizycie Sarkozego w Izraelu i Libanie. Prezydent Abbas apeluje do ONZ o wstawiennictwo w celu wypracowania rozejmu i pokoju.
Samo środowisko palestyńskie oraz świat arabski sa podzielone. Podczas, gdy Iran oficjalnie poparł Hamas i wezwał cały świat arabski do wystąpienia w obronie Palestyny, o tyle Arabia Saudyjska potępia ataki hamasu, obarczając tę organizację częściową winą za zaistniała sytuację. Dziś w Kairze obradują przywódcy państw Ligii Arabskiej.
CNN przekazał też ciekawą informację o tym, że według słów rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Hamas jest gotów do rozmów pokojowych. Moim zdaniem ta informacja skądinąd pozytywna, ma w sobie negatywny pierwiastek – otóż Rosja angażuje się po stronie Palestyńskiej, a jak uczy doświadczenie w takiej sytuacji USA popiera Izrael. A stąd zamiast do zażegnania konfliktu bliżej do jego eskalacji. InshAllah nie.
Mnie bardziej interesuje to, co sądzi opinia publiczna. Palestyńczycy szukajac winnych kierują się ku Izraelowi, ale też – Egiptowi, obwiniając to państwo o kooperację z Izraelem. Część występuje też otwarcie przeciwko Hamasowi. Widać, ze sami Palestyńczycy mają już dosyć konfliktu, bo to oni – niewinni cywile tracą w nim najwięcej – resztki majątku, który im został. Wiele rodzin już w tej chwili zostało bez dachu nad głową, środków do życia, a nawet jeśli te środki mają to nie mają skąd zdobyć podstawowych artykułów. Choć Izrael zapewnia, że będzie szukał możliwości dotarcia pomocy humanitarnej do Gazy – nie kończy akcji zbrojnej.
Na forach pod artykułami na temat konfliktu w Gazie można spotkać różne opinie. WEdług niektórych Palestyna zasłużyła na to, co ja spotyka. Padają oskarżenia o terroryzm itd. Większość jednak wypowiada się przeciw Izraelowi i eskalacji konfliktu. W Hiszpanii padają nawet stwierdzenia, ze Palestyńczycy nie mogą płacić za Holocaust sprzed 60 lat i że to Izrael jest tak naprawdę winny konfliktowi, bo to Izrael nakłada blokady na strefę Gazy. Również papież potępia przemoc w Palestynie.
Co o tym myśleć? Każdy musi sam zdecydować. Z jednej strony – trudno nie przyznać racji Izraelowi broniącemu swojego terytorium i swoich mieszkańców. Z drugiej strony – mam wrażenie, że Izrael żyje nadal w 1948 roku, podtrzymujac mit narodu pod bronią itd. A to przecież Palestyńczycy są narodem uciśnionym, pod okupacją, wygonionym ze swojej ziemi, jak kiedyś wyganiani byli Żydzi. Trudno uwierzyć w to, ze naród, nad którym dokonała się jedna z największych zbrodni minionego wieku postępował dokłądnie tak samo w tej chwili. A jednak…
W Jerozolimie jest instytut Yad va Shem, wybudowany, by podtrzymywać pamieć o Shoah. Czasem mam jednak wrażenie, ze pamięta cały świat… z wyjątkiem najbardziej zainteresowanych.
Nie apeluję o oddanie Palestyńczykom ich ziemi, którą zabrano im (nie bójmy się ostrych słów) w 1948 roku, bo wiem, ze to nierealne. Nie apeluję o likwidację państwa Izrael, bo uznaję jego prawo i prawo narodu żydowskiego do istnienia, spokojnego życia na swojej ziemi, w swoim kraju. Ale apeluję o uznanie godności Palestyńczyków, o uznanie ich prawa do wolnosci i suwerenności. Do ziemi, na którą ich zepchnieto, nawet jeśli ma to być tylko skrawek – Gaza. I jeszcze o to, żeby cały swiat dołożył starań, aby w końcu zapanował pokój i Palestyńczycy mogli w spokoju zacząć budować przyszłość, jeśli już nie dla siebie to dla swoich dzieci i wnuków. A przede wszystkim apeluję o zaniechanie, w gruncie rzeczy bezprawnego nakładania blokad na Gazę i wykorzystywania każdego incydentu jako pretekstu do zabijania niewinnych ludzi, w tym kobiet i dzieci…
Niech Bóg ma w opiece Palestynę…

Napisane przez: motikiri | grudzień 29, 2008

Warto mieć marzenia

Własnie wróciłam z kina. W sumie nie poszłabym, gdyby mnie siostra nie wyciągnęła. Dla mnie film “Just dance” to tylko kolejna hollywoodzka produkcja, której konieć znamy zanim zacznie się cały film. A jednak… powiem, ze było warto. Zakończenia można było się domyslić od razu, a mimo to było całkiem ciekawie. Trochę muzyczno-tanecznie, trochę romantycznie…

Historia jak przerobiona bajka o Kopciuszku. Dziewczyna marzy by zostać tancerką, wyrywa się z prowincji do Chicago,a le nie dostaje się do szkoły. Przez przypadek, albo raczej szczęśliwym zbiegiem okoliczności, zaczyna pracę w klubie. Najpierw jako księgowa, później tancerka. W końcu, po paru perypetiach (równie przewidywalnych jak zakończenie) realizuje swoje marzenia, w miedzycczasie spotykając miłość.

A jednak, mimo całej przewidywalności, film jest… fajny. Przyjemny w oglądaniu, a co najważniejsze dobrze nastraja. Dodaje takiej energii, aż chce się marzyć i spełniać marzenia. Wyszłam z kina… zmotywowana. I w optymistycznym nastroju.. ;)

A jeśli o marzeniach mowa… Warto wspierać te, które mają wielką moc, bo ich spełnienie powoduje uśmiech na twarzach chorych dzieci. Czasem warto odwiedzać takie strony, jak te:
www.mammarzenie.org – Fundacja MAM MARZENIE
www.spelnionemarzenia.waw.pl – Fundacja SPEŁNIONYCH MARZEŃ

Napisane przez: motikiri | grudzień 15, 2008

Spotkania

Poprzedni tydzień upłynął pod znakiem spotkań. Z różnych okazji, z różnymi ludźmi i na różne tematy. Ale jedno je łączyło – wszystkie niosły ze sobą coś specjalnego, przeżycia, które dały do myślenia…

Niedziela – ARAY TAKEBAYEVA
Z Aray umówiona byłam na wywiad. Na AE. Pojechałam sama, choć plan był taki, aby pojechać z koleżanką. Pierwszy wywiad w moim życiu (nie licząc tych na zadanie domowe jeszcze w podstawówce). Aray była na praktyce w ramach organizacji AIESEC. Pracowała w jakiejś firmie, gdzie odpowiadała za kontakty z krajami byłego ZSRR. Prywatnie osoba bardzo miła, ciepła. Zaprosiła nas do swojego mieszkania, gdzie oprócz niej była jeszcze dziewczyna z Rosji i chłopak z Ukrainy. Aray opowiadała o tym, co było dla niej w Polsce najtrudniejsze i o tym, co najmilej wspomina. Po skończonej “oficjalnej” cześci rozgorzałą dyskusja między wszystkimi obecnymi. Od słowa do słowa okazało się, ze Aray jest muzułmanką, ze podczas całego trzymiesięcznego pobytu szukała kontaktu z Centrum Islamu, z tutejszymi muzułmankami. Dopiero na dwa dni przed jej wylotem los chciał, ze spotkała mnie. Trudno opisac, jaka była szczęśliwa… Niestety na święto do meczetu nie dotarła. Ale zapraszała do siebie, do Kazachstanu. No i ciągle mamy kontakt mailowy i na facebooku. Insh’Allah kiedyś będzie nam dane się spotkać…

Poniedziałek – Eid al-Adha – Layla i jej kolezanki z Czeczeni
W poniedziałek było święto. Z tej okazji odbyła się tradycyjna świąteczna modlitwa w meczecie a potem mały poczęstunek, herbatka i pogaduchy. Wśród innych dziewczyn (których poglądy czasem mnie przerażały) na spotkanie dotarły też Czeczenki, na co dzień mieszkające w ośrodku dla uchodźców. Starają się o azyl. Opowiadały o tym, co dzieje się w ich kraju, jak wygląda tam życie. O tym, jak straciły męża, siostrę i jej męża. Córka jednej z nich nazywa się Jannah (raj), bo jej tata został zabity, gdy mała miała dwa miesiące. Przerażające. A jeszcze bardziej przerażające było to, ze opowiadały z takim spokojem, tak jakby to było normalne, codzienne… Takie jest – dla nich, dla nas niewyobrażalne… A ten ich spokój, ciepły uśmiech i brak jakichkolwiek pretensji do ludzi, do Boga był pouczający…

Wtorek – konkurs o dialogu międzykulturowym w Rybniku
Na zaproszenie harcerskiej koleżanki pojechałam do Rybnika. Miałam być członkiem jury w międzypowiatowym konkursie o dialogu międzykulturowym (ja bym to nazwała dialogiem miedzyreligijnym raczej, bo sprawdzana była wiedza o różnych religiach). Jako, że występowałam jako przedstawicielka osób wyznających islam założyłam pełen hijab (i nawet nie czułam się nieswojo!). Uczestnikami konkursu byli gimnazjaliści i muszę przyznać, że poziom ich wiedzy był imponujący. Bardziej jednak cieszy fakt, ze dzieciaki chciały w czymś takim brać udział. I co więcej dokładnie zrozumiały ideę. Bo nie chodziło o to, zeby wyryś na pamięć prawdy wiary róznych wyznań, ale żeby udowodnić, że tak naprawe wszyscy mogą żyć obok siebie w pokoju. I udało im się, czego przykładem były prezentacje stworzone przez uczestników, w ramach jednego z zadań konkursowych… Respect.

Środa – nietypowa komenda
W środę odbyliśmy nietypową komendę hufca. Nietypową, bo bez komendnatki. Za to z zaproszonymi (w trakcie trwania komendy) gośćmi. I to dało nam możliwość rzeczowej dyskusji. I wypracowania pewnych konkretów. Kiedy wyszłam – pierwszy raz od dawna miałam wrażenie, ze to spotkanie miało sens. Mimo, że skończyliśmy ok. 21.30 (jak nie później!) to nie miałam poczucia straconego czasu i nie byłam tym wszystkim zmęczona. Dostałam kopa do działania. I oby ten zapał nie wygasł…

Czwartek – spotkanie KK o Afryce
W czwartek, mimo iż nie miałam zajęć, pojechałam na uczelnię. Koło Kulturoznawców organizowało spotkanie poświęcone tematyce afrykańskiej. Jako prelegentka wystąpiła studentka UŚ, któa w ramach zbierania materiałów do pracy magisterskiej spędziła 10 miesięcy w Zambii. Pokazywał zdjęcia i snuła swoją opowieść. O epidemii AIDS, o tym, jak wygląda codzienność AFrykańczyków i ich sposób myślenia. O swoich doświadczeniach, uczuciach, problemach. Fascynujące i poruszające jednocześnie. Bo nagle okazało się, jak bardzo AFryka potrzebuje naszej pomocy. Ale mądrej pomocy. I jak często jest tej pomocy pozbawiana, bo środki, które mogłyby uratować kilka tysięcy żyć ludzkich na Czarnym Lądzie idą na zbrojenia, a w rezultacie pomagają w unicestwianiu jeszcze wiekszej ilości żyć. Spotkania afrykańskie mają być kontynuowane, więc wszystkich Ślązaków zapraszam…

Piątek – spotkanie opłatkowe kadry chorągwi
Po raz pierwszy w nim uczestniczyłam I muszę przyznać, ze było naprawe bardzo przyjemnie… Najpierw pojechaliśmy do teatru na sztukę Jekyll & Hyde. Hmmm… ciekawe przedstawienie. Być może nie poruszające, za to niektórym mogłoby wydawać się nowatorskie i odważne. Niewątpliwie niezapomniene. Potem była kolacja z rybą, kapustą z grochę lub grzybami i ciasto. W międzyczasie budowaliśmy szopki, wpominaliśmy największe tegoroczne przedsięwzięcia naszej chorągwi i otrzymaliśmy prezenty – kalendarze (pewnie chodziło o przypomnienie zasady,że każda ednostka zorganizowana ma plan działania ;) ). Mieliśmy okazje poznać się bliżej, podyskutowac na tematy harcerskie i nie, a przede wszystkim spędzić miło czas. Ja poza tym dowiedziałam się, ze jestem w zespole wychowania duchowego. I usłyszałam bardzo wiele miłych słów od kapelana (sic!). Spać poszliśmy wcześnie rano – koło czwartej…

Sobota – maraton pisania listów, Festiwal Wolnych Ludzi
Pojechałam tam w sprawach “zawodowych”. Niewyspana, ale ciekawa. Pewnie gdyby nie fakt, ze muszę napisac artykuł, nigdy bym tam nie dotarła. A tak… obejrzałam filmy i zdjęcia z dwóch zupełnie nierealnych zdawałoby się wypraw – do Tybetu i do Sudanu. Uczestniczyłamw spotkaniu z podróżnikami. Rozmawiałam z ludźmi, którzy przyszli na imprezę, poświęcająć swój czas, aby napisać kilka listów w srawie obrony praw człowieka. Sama napisałam chyba 5. I… warto było. Wczoraj Amnesty International podała, że w tym roku w ramach maratonu Polacy napisali 70.000 listów. Jeśli pomogą one uwolnić  choć jedną osobę spośród niesłusznie zatrzymanych to będzie to duży sukces nas wszystkich. Wyszłam stamtąd z mocnym postanowieniem – będę wysyłać listy w ramach pilnych akcji Amnesty… 

Napisane przez: motikiri | listopad 26, 2008

I Sejmik Wędrowniczy

watraW sobotę odbył się pierwszy Sejmik Wędrowniczy Chorągwi Śląskiej. Wylądowałam tam własciwie prez przypadek. Okazało się, ze osoby, które miały jechać niestety nie mogły (jako, ze najpierw trzeba było wysłać zgłoszenie a o szczegółach dowiadywało się trochę później i niestety niektórzy musieli poświęcić się innym zaplanowanym wcześniej zajęciom). Ale, że zapłacone i zgłoszone (choć w moim wypadku to zapłacone i tak niespecjalnie coś zmieniło, bo na ów zapłącony obiad był schabowy i grochówa z jakimś mięsem, więc hmmm:( ), ktos jechać musiał.

Na szczęście nie musieliśmy zostawać na całym. A raczej musieliśmy zmyć się wczesniej z powodu kursu drużynowych. I chwałą mu za to. Nie lubię być aktorem w jakiejś reżyserowanej komedii, zwłąszcza, kiedy gra pozorów próbuje sugerować, ze nic nie jest reżyserowane. A ewidentnie był to spektakl. Słaby zresztą. Ale od początku…

Celem sejmiku było wybranie członków referatu wędrowniczego. OK, fajnie, że chce się komuś coś robić, ze ktoś w końcu chce ruszyć to wędrownictwo (choć według mnie i tak nie ma na to pomysłu, w czym stuprocentowo zgadzam się z tym, “kogo i tak nikt w tej chorągwi nie lubi” – nieprawda, choć nie zawsze się zgadzam to lubię). Tylko, ze no właśnie – żeby coś ruszyć, trzeba mieć na to pomysł. Albo całkowicie oddać sprawę w ręce demokracji – nie tej sterowanej, ale tej prawdziwej demokracji. A tutaj – od początku od momentu rozpoczęcia, baaa… od momentu przybycia było wiadomo, kto szefem zostanie i kto będzie stanowił trzon referatu. A hasła prowadzących obrady “wy wymyślcie, my zrobimy” nie wróżyły nic innego. Na dodatek fakt, że przyszli szefowie nie brali udziału w czynnych obradach i pracach w grupie (nie będąc jeszcze oficjalnie wybranymi), absolutnie nie ustawiał mnie optymistycznie, a raczej sceptycznie.

I co jeszcze bardzo rzuciło się w oczy – z poprzedniego nieodwołanego przecież referatu nie było nikogo. Nikt z pracujących do tej pory nie został zaproszony (o poproszeniu o pomoc przy przygotowaniach nie wspomnę). Co więcej o tym, ze taki sejmik ma się odbyć nikt nie poinformował ich wcześniej. Pomijając to, ze być moze było wiele zastrzeżeń co do ich pracy – przez grzeczność wypadałoby zaprosić, podziękować. Tymczasem w trakcie dyskusji – oskarżano ich, ze nic nie robią, ze odwołują imprezy. Szkoda, ze nikt nie powiedział, ze to z powodu małej ilości chętnych… Seminarium dla trzech osób? Trochę śmiezne… No cóż…

Na zakończenie wyniki – w skład referatu weszło sześć osób – ekipa z góry wiadoma, do tego kilka osób, których nie znam, jedna znajoma. Czy to dobrze, czy źle? Swoje zdanie na temat konkretnych osób (tych, co znam) mam. To pozwala mi podchodzić do sprawy sceptycznie. Ale nie chcę się mieszać. Po co? W końcu na dzień dzisiejszy wędrownictwo nie jest w centrum moich zainteresowań… Poza tym, czas zweryfikuje…

Osobiście jednak czuję pewien niesmak. Coś, co miało być najlepszą lekcją demokracji w ZHP ( w końcu metodyka wędrwnicza na demokracji się opiera w znacznym stopniu) było, moim zdaniem, żenadą… I tu bynajmniej nie chodzi o teksty w stosunku do innego, nieobecnego przy tym instruktora:”Ale własciwie to kto go tu lubi?” W moim mniemaniu taki tekst harcerzowi, wędrownikowi (według niektórych to powinna być elitarna grupa w tym związku) nie przystoi. Ale może się mylę? W końcu specjalistką od wędrownictwa nie jestem…

Starsze wpisy »

Kategorie