Będzie w całości harcersko. W końcu dojrzałam, żeby znowu napisać, sytuacja moja trochę się uspokoiła, ugruntowała i w końcu mogę wrócić do spisywania swoich obserwacji. Bo w końcu na widok komputera nie ogarnia mnie zniechęcenie i jakaś dziwna senność. Chyba naładowałam trochę baterie. Albo raczej znalazłam źródło doładowania i… satysfakcji.
Od 7. marca (tak, ta data wyryła się w pamięci chyba już na zawsze), moje życie zaczęło przypominać karuzelę, nie do końca uruchomioną przeze mnie. Wszystko wokół wirowało, a ja zamiast nacisnąć guzik stop mogłam jedynie koncentrować się na tym, żeby nie zwymiotować. (wiem, porównanie drastyczne, ale tak właśnie było). Brak poczucia kontroli, za to poczucie zagubienia i niepewności towarzyszyło mi codziennie od rana, do wieczora, nie pozwalając nawet spokojnie zasnąć. Wiem, druh komendant mówił, że sznur komendancki jest ciężki…
Pojechałam na obóz. bałam się jak cholera, bo to NAL, bo na NALu jest tyle pracy, bo tyle problemów, a jeszcze tona papierów do rozliczenia, do stworzenia, do… Jeszcze rok temu zarzekałam się, że na żaden NAL absolutnie nigdy nie jadę. Sytuacja się zmieniła, trzeba było pojechać i… nie żałuję. A teraz wiadomość niesłychana – Druhna komendant na NAL-u wybawiła się jak nigdy, odpoczęła i… kilka razy płakała ze wzruszenia.
Nie było łatwo – fakt. Ale… dzieci, które przytulały się po powrocie do Zabrza i obiecywały, ze za rok jadą, ale tylko z tą kadrą, z którą były teraz; kilku chłopców, którzy zamiast się pobić z kolegami na placu zaczęli rozwiązywać problemy rozmową, którzy w drugim dniu obozu przyszli z prośbą o założenie drużyny i którzy w tym postanowieniu wytrwali do końca, udowadniając, zę chcą się zmienić, że chcą zmienić swoje życie; rozkaz wydany w ostatnim dniu, powołujący drużynę i to taką, której powstanie wyszło z inicjatywy szeregowych członków, nie drużynowego; wreszcie komplementy (nietypowe) usłyszane od kadry sprawiły, że w końcu zaczęłam cieszyć się z bycia komendantem. Naprawdę.
Co do tych komplementów – były dziwne, bo brzmiały mniej więcej tak: “komendant roznosi podwieczorek i nalewa zupę na jadalni?!? niemożliwe”. “komendant zna imiona wszystkich dzieci na NAL-u? to nowowść.” “komendant tak się zintegrował z podopiecznymi, ze jak tylko wpadają teraz do hufca to pierwsze co – idą się zameldować druhnie komendant?!?”. A ja mam dziką satysfakcję, jak widzę moich chłopców, którym naprawdę się chce. Jak dzieci na ulicy z daleka wołają “dzień dobry Druhno!” i kiedy całą kadra w hufcu patrzy na to z niedowierzaniem…
W końcu wizyty w hufcu zaczęły mi sprawiać przyjemność. Nie tylko mnie zresztą, bo wpada dużo osób tak, żeby wpaść. A instruktorzy mówią, że w końcu coś się dzieje i zaczyna funkcjonować tak, jak powinno.
Cieszy mnie to, bo wiem, zę jednak nie zawiodłam zaufania, którym mnie obdarzono. I szkoda tylko, ze moje zaufanie zostało zawiedzione. I to w tak dziwny i zupełnie bezsensowny i niepotrzebny sposób. Zainwestowałam w niewłaściwą osobę. I to jest przykre. Jeszcze bardziej przykry jest fakt, że osobę tę prywatnie lubię, ale muszę jej podziękować za współpracę w komendzie, bo trzeba zadbać o dobro hufca. I mam nadzieję, że ta osoba stanie na wysokości sytuacji. Choć mam obawy, zę skończy się trzaśnięciem drzwiami. I to będzie ostateczny dowód na to, że popełniłam błąd. A szkoda…
A poniżej kilka zdjęć, pokazujących jak komendantka NAL-u podniosła poprzeczkę w stosunku do byłych komendantów (choć pewnie nie wszystkich, bo to by było krzywdzące stwierdzenie) tej formy…




Książka tyleż ciekawa, co tajemnicza… Przeczytałam wczoraj. Nie mogłam się oderwać. Dla mnie inetersująca z dwóch powodów. Po pierwsze porusza problem holokaustu. Opowiada historię zbrodniarza hitlerowskiego, który z nową rodziną i pod fałszywym nazwiskiem w wyniku wypadku samolotu ląduje w amazońskiej dżungli, w wiosce plemienia Dzikich Yayomi. Dramaturgii sytuacji dodaje fakt, że spotykają tam niemieckiego antropologa, który… okazuje się być Żydem.

